autor: Robert Krakowiak

« Nowszy artykuł   ||   Spis   ||   Starszy artykuł »





Światło dla oświaty




powrót do strony głównej
o autorze książki
Nowe artykuły
opis książki, spis treści, okładka
wybrane fragmenty książki
propozycje do praktycznego zastosowania: medytacja i dekret afirmacyjny
co o autorze i o metodzie sądzą jego klienci
mandale - obrazy tworzone w stanie medytacji
informacja o zajęciach i kontakt


      Oświata, jako szkolnictwo, jest bardzo ładną nazwą tej instytucji. Oświecenie, światło to atrybuty boskości i tego, co jest najwyższej jakości. Czy tak jest w przypadku szkolnictwa? Według mnie nie jest. Oto główne powody, dla których tak uważam i zmiany, jakie wprowadziłbym w oświacie:

      Narzędzia do nauki

      Szkoła obecnie wygląda tak, jak kilkaset lat temu. Nauczyciel przy tablicy, dzieci w rzędach w ławkach. Samo tylko to, że przez tyle lat model nauki się nie zmienił, wskazuje na duży zastój w procesie rozwoju sposobu nauczania. Co prawda coś tam nowego się wprowadza, ale są to zmiany bardzo drobne, ledwo kosmetyczne. Technika idzie bardzo mocno do przodu, dokonywane są odkrycia, rzeczy służące nam na co dzień udoskonalane są w kolejnych generacjach produktów, wprowadzanych na rynek co kilka lat. A nauki humanistyczne? Też się rozwijają. Tyle tylko, że nie są na nie ponoszone tak duże nakłady. Jest to tym bardziej dziwne, że przecież szkolnictwo jest inwestycją. Lepiej wyuczeni młodzi ludzie mogą jeszcze bardziej przyspieszyć rozwój technologiczny. Może to bardzo dobrze służyć ludzkości, np. poprzez efektywniejsze sposoby ochrony środowiska lub pozyskiwanie energii w sposób nie szkodzący ludziom i całej planecie.

      Ten brak zmian w sposobie nauczania powoduje przy obecnych wymaganiach duże obciążenie dzieci i młodzieży. Nie wyposaża się młodych ludzi w sposoby i umiejętności efektywnego i łatwego przyswajania wiedzy. To tak, jakby kazać komuś kopać rów, nie dając mu łopaty. A od tego powinna się rozpocząć nauka. Sposób „wkuwania” nie zmienił się od kilkuset lat. A przecież są wspaniałe techniki pamięciowe. Są wspaniałe metody na zwiększenie potencjału mózgu i zwiększenie możliwości np. logicznego rozumienia. Są wspaniałe metody na naukę w grupie, np. poprzez zabawę. Inną negatywną według mnie rzeczą jest nieadekwatność rodzaju i ilości wiedzy, jakiej przyswojenia wymaga się od uczniów, do jej przydatności w późniejszym, dorosłym życiu. Dla mnie czas szkolny, poza studiami, był czasem w większości zmarnowanym. Doceniam to, co się nauczyłem: czytanie, pisanie, liczenie, wiedza o prawach fizyki, wiedza z chemii, biologii – ta wiedza, która przybliżyła mi poznanie świata. Czym innym jednak jest wkuwanie, z czego składa się liść i czym innym jest rozwiązywanie skomplikowanych zadań z matematyki. Są osoby, które to lubią. Mi natomiast nie sprawiało to żadnej przyjemności, a było źródłem stresu i poczucia straty mojego czasu oraz energii. Wolałem sprawy bardziej humanistyczne. Wyłączam z tego historię, bo wkuwanie dat jest czymś niedorzecznym. Lubiłem pisać wypracowania z języka polskiego, ale bardzo nie lubiłem tego przedmiotu ze względu na inne rzeczy: zakuwanie wierszy, biografii autorów, czytanie lektur, których nie miałem ochoty czytać, analizowanie tych lektur i wierszy. Było tak, że w domu zamiast czytać książki i czasopisma, które mnie interesowały, uczyłem się rzeczy, które do dnia dzisiejszego ani razu nie przydały mi się i chyba już nigdy nie przydadzą się. A odnośnie historii czy języka polskiego moim zdaniem lepiej zachęcać młodzież do własnego określania i wypowiadania własnego zdania o danym problemie, niż roztrząsać, co ten autor chciał przekazać, czy też jak należy postrzegać dane zdarzenie.

      Program nauczania został stworzony jakby na zapas. Ktoś za nas uznał, że te wszystkie rzeczy na pewno nam się przydadzą, albo być może są nam niezbędne do życia. Ma to pewne uzasadnienie odnośnie przygotowania do dalszej edukacji. W szkole podstawowej dzieci nie wiedzą jeszcze, co będą studiować i w związku z tym jakich przedmiotów mają uczyć się więcej, a których mniej. O wyborze studiów i rodzaju pracy będę pisał dalej. Takie narzucenie dużej ilości materiału jest dla mnie niemal barbarzyństwem. Zabija u dzieci radość, spontaniczność, lekkość, swobodę. Inaczej sprawa wyglądałaby, gdyby wyposażyć każde dziecko w narzędzia, dzięki którym nauczyły by się tego wszystkiego szybko, z radością i lekkością. Pozostaje jednak dalej pytanie – po co tyle tego wszystkiego? Nauka byłaby znacznie przyjemniejsza i ciekawsza, gdyby wyłączyło się z nauczania elementy skomplikowane, jak wyliczenia za pomocą różnych wzorów na chemii i fizyce. Jakie są to piękne przedmioty, gdy poznaje się na nich świat, dowiaduje z czego się składa, jak funkcjonują prawa fizyki, jakie właściwości mają związki chemiczne. Mniej matematyki (jest przecież oddzielnym przedmiotem), a więcej poznania i doświadczeń. W chwili obecnej moim zdaniem szkoła zabija naturalną, spontaniczną chęć poznania świata. Szkoła uczy rzeczy nie przydatnych, a nie uczy, jak radzić sobie w życiu, jak wypełniać zeznania podatkowe, radzić sobie z emocjami, negocjować, pracować w zespole, wychowywać dzieci, jak radzić sobie ze stresem itd.

      Więcej ciepła

      Dopiero niedawno szkoła oficjalnie zaczęła pełnić funkcję wychowawczą. Przynajmniej w deklaracjach. A przecież wychowanie, to nabycie umiejętności psychicznych pozwalających na harmonijne życie ze sobą i innymi ludźmi. Na pewno nie jest nim przystosowanie do społeczeństwa i ograniczenie różnymi konwenansami czy schematami postępowania. Często w domu wychowanie jest wypaczone i sprowadza się do zapewnienia pożywienia, zabezpieczenia podstawowych potrzeb materialnych i obdarowywaniem pieniędzmi. Są to rzeczy potrzebne, ale nie jest to wychowaniem. Dlatego dobrze byłoby, gdyby realizowała to szkoła. Głównie z tego względu, że potrzebni są do tego fachowcy, mający do tego dar. Nie zawsze wystarcza intuicja rodziców. Chociaż gdyby to była prawdziwa, pełna intuicja to na pewno tak. Ale często rodzicom brakuje czasu lub też chęci, aby zająć się dziećmi. Dlatego czas w szkole nie powinien być marnowany na naukę niepotrzebnych rzeczy, ale w dużej części przeznaczony na uczenie dzieci lub młodzieży, jak mają radzić sobie ze stresem, rozwiązywać problemy emocjonalne, pozbywać się lęków, zahamowań, jak podwyższać własną samoocenę. Ktoś może powiedzieć, że ciepła rodziców nie zastąpi nic. Jednak tak naprawdę ciepło, jak i inne wyższe uczucia możemy tylko dać sobie sami. Fajnie byłoby, gdyby tego uczyła szkoła, gdyby uczyła jak w sposób ciepły, z szacunkiem, delikatnością odnosić się do siebie i tym samym do innych. Jeszcze fajniej, gdyby w szkole realizowany byłby rozwój duchowy. Ale to nastąpi dopiero wtedy, gdy dojrzeje do tego społeczeństwo. Może na początek w jakiś wybranych, prywatnych szkołach? Jeśli nie rozwój duchowy, to przynajmniej psychologia. Dla mnie jest ona początkiem rozwoju duchowego, etapem wstępnym. Przecież tyle jest wspaniałych technik psychologicznych pozwalających radzić sobie z emocjami i stresem. Nauka relaksu w tym okresie, gdy ma się kilka lat jest czymś wspaniałym. Dzieci mają bardzo dobry kontakt ze sobą. W tym wieku, gdy aktywna jest prawa półkula, jest dobry dostęp do podświadomości i przez to wspaniałe możliwości pozytywnego jej kształtowania.

      Nauka asertywności, pogadanki różnego rodzaju, ze względu na powierzchowność wynikającą z małej ilości czasu na to przeznaczanych, są zaledwie zabiegiem kosmetycznym. I tak nie są one prowadzone we wszystkich szkołach. Pedagodzy i psycholodzy wkraczają do akcji w przypadkach cięższych, gdzie problemy emocjonalne dziecka nawarstwiły się. Wcześniej, gdy nie rozwiną się w pełni, nikt się tym nie zajmuje. A często są dużym utrudnieniem, w tym również w nauce. Działania profilaktyczne oraz zmierzające do wykrycia i uzdrowienia problemów emocjonalnych powinny objąć każde dziecko. Powinny stać się w szkole codziennością. Jestem przekonany, że wpłynie to zdecydowanie na obniżenie poziomu przestępczości, ilości nerwic, depresji i innych sytuacji patologicznych.

      Odkrywanie talentów

      Ważną rzeczą jest umiejętny wybór zawodu. I to już na etapie szkoły podstawowej w postaci diagnozy, jakie dziecko ma predyspozycje, czego chciałoby uczyć się więcej, a czego mniej. Jest to o tyle trudna rzecz do zrealizowania, że czasami nawet dopiero po ukończeniu studiów osoby zdają sobie sprawę, co lubią i co chcą w życiu wykonywać. Ale wierzę, że są metody, które przynajmniej w przybliżeniu pozwalają na to. Przypuszczam, że można nawet wykorzystać do tego wahadełko. A jeżeli nie ma takich metod, to warto inwestować w ich opracowanie. I na pewno w przyszłości powstaną doskonałe metody do tego służące. Kiedyś czytałem o człowieku, który zebrał w swojej szkole dzieci tzw. trudne, które zostały oddelegowane z poprawczaków i innych miejsc, w których nie dawano sobie z nimi rady. Nie wymagał od nich nic. Robiły to, co chciały. Na początku w ogóle nie chodziły na żadne lekcje. Potem okazało się, że same zaczęły na nie uczęszczać, ale tylko wtedy, gdy ich przedmiotem było to, co je interesowało. Odkrycie w młodym człowieku tego, co lubi, co sprawia mu radość i przyjemność, to klucz do wzbudzenia w nim motywacji do nauki. Jeżeli dokona się tego wcześnie, to okres nauki może być radością, zabawą i doskonałym przygotowaniem do ulubionego zawodu.

      Wiele jest fajnych rzeczy do zrobienia w oświacie. Czy zostaną dokonane, to zależy od nas. Ta ignorancja wspaniałych technik nauki, bliższego zajęcia się uczniami, pomocą w rozwiązywaniu ich problemów jest wypadkową stanu umysłów ludzi całego społeczeństwa jak i oczekiwaniami młodych ludzi, przechowywanych w ich podświadomości. Równolegle z działaniami na rzecz poprawy jakości nauczania dobrze byłoby, aby każdy z nas przyczyniał się do tego energetycznie, przejawiając otwartość na boską mądrość, łatwość, lekkość, ciepło, delikatność. Niech ta energia płynie i wnosi do oświaty światło, jasność i radość.

 Tomek Nawrot



« Nowszy artykuł

Starszy artykuł »



||   poprzednia strona   ||   Strona główna   ||   Początek strony   ||