autor: Robert Krakowiak



Rozdział 1


DUCHOWOŚĆ A ŚWIAT PRZEJAWIONY


powrót do strony głównej
o autorze książki
opis metody stosowanej przez autora
opis książki, spis treści, okładka

przykłady do zastosowania w praktyce: medytacja i dekret afirmacyjny
co o autorze książki i o metodzie sądzą jego klienci
mandale - obrazy tworzone w stanie medytacji
informacje o zajęciach i kontakt


    Dzisiaj, gdy uważam się za osobę rozwijającą się duchowo i kroczącą duchową ścieżką od kilku lat, wiem, że nic w moim życiu nie dzieje się bez powodu, że każda sytuacja ma swoją przyczynę. Postanowiłem więc pewnego dnia w medytacji dowiedzieć się, jaka była pierwotna przyczyna w tym życiu tego, że pokazały mi się możliwości rozwoju, że spotkałem ludzi, którzy zachęcali mnie do wstąpienia na duchową ścieżkę i wpadały mi w ręce książki o duchowych treściach.
    Przypomniałem sobie wtedy scenę z dzieciństwa, kiedy byłem już chłopcem, który własnymi oczami zaczyna postrzegać świat i zastanawia się, co go w życiu spotka i kim będzie jak dorośnie. Zobaczyłem wtedy na niebie spadającą gwiazdę. Wiedziałem, że jak się szybko wypowie jakieś życzenie, to się ono spełni. Postanowiłem więc wykorzystać to. Zacząłem myśleć "co tak naprawdę chciałbym w życiu osiągnąć?". Pierwsza myśl, jaka przyszła mi wtedy do głowy to "chcę być sławny!". Po chwili jednak zastanowiłem się "czy tak naprawdę będę z tym szczęśliwy?". Nie mając pewności postanowiłem wymyślić szybko coś innego. Drugą rzeczą, o której pomyślałem było "chcę być bogaty!". Ale po chwili również zastanowiłem się "czy w rzeczywistości to wystarczy, by być szczęśliwym?". Więc znów nie mając pewności postanowiłem myśleć dalej. Wtedy pomyślałem "wiem! Chcę się ożenić z piękną kobietą". Po chwili jednak moja wątpliwość wróciła "czy tak naprawdę ona zapewni mi pełne szczęście?". Wtedy doznałem olśnienia, o co mi tak naprawdę chodzi. Cały czas zastanawiałem się czy będę szczęśliwy. Więc w ostateczności moje życzenie do spadającej gwiazdy brzmiało "chcę być szczęśliwy!".
    Kilka lat później, zadając pytanie ludziom deklarującym swoją duchowość: "co ona może mi dać?, co mogę dzięki niej osiągnąć?" Otrzymywałem odpowiedzi typu: stan nirwany, wieczna ekstaza, zbawienie, wyzwolenie z cielesności, oświecenie, 36 etap rozwoju duchowego, stan Buddy, jedność z Bogiem itp. Zacząłem się wtedy zastanawiać "co to jest?, po co mi to?, co ja z tego mógłbym mieć?" Po długim rozmyślaniu nad tym, zastanawiając się czy ja tego chcę i co by mi to dało, poczułem w sobie czyjś głos, który podpowiedział mi miłość, radość, szczęście. Wtedy w duchu pomyślałem "teraz rozumiem!".
    Dzisiaj cokolwiek robię, czymkolwiek chcę się zająć, z czegokolwiek skorzystać, najpierw zastanawiam się, czy ta rzecz zapewni mi to, co tak naprawdę jest moim celem, czy w jakikolwiek sposób przybliża mnie to do stanu szczęśliwości i czy przypadkiem od niego nie odciąga. Dzięki temu wiem, co może mi sprzyjać, a co nie. Umiem to weryfikować. Być może pełne szczęście osiągnę dopiero po uwolnieniu się z cielesności, po oświeceniu czy osiągnięciu 36 etapu. Tego nie wiem. Ale wiem jedno, jeśli mi to pomoże mój cel osiągnąć, to ja tego chcę. Jeśli w stanie nirwany będę szczęśliwy, chcę go urzeczywistnić. Jeśli po oświeceniu będę szczęśliwy, chcę się oświecić. Jeśli Bóg zapewni mi szczęśliwość, chcę się z nim zjednać. Ale jeśli tylko coś w jakiś najdrobniejszy sposób miałoby mnie odciągać od tego stanu, to moja odpowiedź będzie prosta NIE CHCĘ TEGO!


To jest właśnie moja obecna praktyka duchowa.


    Polecam ci ten "weryfikator". Dzięki niemu nie zbłądzisz.


    Dla wielu ludzi jednak duchowość kojarzy się wyłącznie ze śmiercią. Przez wiele lat kościół, rodzice i nauczyciele nauczali nas, że za życia należy się wyrzekać, poświęcać dla innych, trzeba cierpieć, że Bóg zesłał nas na ziemię, aby wystawić nas na próbę, a dopiero po śmierci mieliśmy być szczęśliwi. Więc z godnością przyjmowaliśmy cierpienie na siebie, wyrzekając się swojej radości i doskonałości, wierząc, że w ten sposób odkupimy nasz "grzech pierworodny" i Bóg przyjmie nas po śmierci do "królestwa niebieskiego". Głosiliśmy w kościele naszą wiarę odmawiając "Panie nie jestem godzien" i biliśmy się w piersi wołając "moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina" i oczekiwaliśmy na nadejście końca świata.
    A tymczasem są na świecie ludzie, którzy w to wszystko nie wierzyli i nie czekając ani na śmierć, ani na koniec świata, postanowili swoją duchowość, czyli swoją doskonałość, nieograniczoną miłość, radość i szczęśliwość odkryć w sobie samych już teraz, za życia. Są bogaci, szczęśliwi, mają piękne związki miłości i za to wszystko dziękują właśnie Bogu. O dziwo, Bóg ich za to wcale nie potępia, a wręcz przeciwnie, daje im to wszystko, o co go poproszą. Jeśli nadal postanawiasz się trzymać swojego cierpienia to możesz się jedynie pocieszyć, że Bóg ich za pychę ześle po śmierci do piekła. Ale i tu muszę cię rozczarować. Oni się tego naprawdę nie obawiają. Wiedzą, że Bóg ich kocha i zawsze będzie kochał, nawet w dniu Sądu Ostatecznego - o ile taki w ogóle będzie.
    Każdy z nas tak naprawdę jest ukochanym dzieckiem doskonałego Boga Stwórcy. Każdy z nas jest wybrany przez niego, każdy z nas jest doskonały, bo każdy z nas jest stworzony na wzór i podobieństwo Boga, czyli jest równie doskonały tak, jak Bóg.
    Pomyśl, Bóg dał ci ręce i umysł, więc dlaczego nie miałbyś nimi zapracować na swoje bogactwo? Skoro podsuwa ci pomysły i środki do zrobienia niezłego biznesu, zrób go, przecież ponoć cały świat jest stworzony przez Boga, więc jest doskonały, a jest on darem dla ciebie. Jeśli tylko nie robisz krzywdy innym i sobie, to dlaczego nie miałbyś z tego korzystać.
    Jeśli nadal uważasz, że w życiu trzeba się poświęcać dla innych, to pomyśl, że ty to też ktoś. A ten ktoś być może właśnie potrzebuje twojej pomocy. Więc najpierw poświęć się dla siebie.
    Bóg stworzył cię jako istotę seksualną, więc dlaczego nie miałbyś się tym cieszyć? Seks również jest świetną praktyką na odkrywanie swojej radości, miłości i doskonałości. Twoje ciało może ci dać jeszcze wiele przyjemności i rozkoszy. Pozwól sobie na nie. Bóg cię wcale za to nie potępi, wręcz przeciwnie, będzie cieszył się, że wreszcie doceniłeś jego dzieło.


Bóg dał Ci serce, umysł, ciało i możliwość
cieszenia się tym, więc teraz Ty doceń jego dzieło.


    Często jednak od ludzi zaczynających pracę nad sobą, pragnących urzeczywistnić swoją doskonałość słyszę takie teksty: "Ciągle mi coś wywala", "Miesza mi się", "Mam już tego dosyć". Po co w takim razie komu ten rozwój, kiedy ludzie niepracujący nad sobą, tak się ze sobą nie gryzą. Żyją sobie spokojnie, mają dom, rodzinę i święty spokój. Odpracuje swoje i idzie do domu, włączy telewizor i nic go nie interesuje, żyje sobie po prostu z dnia na dzień. No właśnie, żyje z dnia na dzień.
    Natomiast człowiek, który zaczyna medytować dostrzega w sobie boskość, która pokazuje mu nowe możliwości przynoszące znacznie lepsze i większe korzyści z życia i zachęca go do ich realizacji. Człowiek pracujący nad sobą i podnoszący swoją samoocenę zaczyna dostrzegać, że ma pełne prawo do tego, co dla niego najlepsze i najprzyjemniejsze. Wtedy człowiekowi objawia się, że np. mógłby być właścicielem dobrze prosperującej firmy. Tak twierdzi jego nadświadomość, posuwając mu wszelkie pomysły, by mógł to osiągnąć. Zachęcony takimi wizjami człowiek zaczyna podejmować ku temu kroki myśląc: "Skoro to takie proste, to czemu miałbym z tego nie skorzystać?", W tym momencie dają o sobie znać wszelkie ograniczenia zakodowane w podświadomości, np. "Ty tego nie osiągniesz, jesteś za głupi, tobie się to nie uda, ty się do tego nie nadajesz". W czasie takich konfliktów niektórzy adepci duchowej ścieżki rezygnują z dalszej pracy nad sobą uznając własne urojenia za fakt, którego nie da się przeskoczyć i z powrotem wracają do swoich dawnych czynności. Obrażeni, nie próbują więcej medytować, "bo to jakieś oszustwo, po co sobie robić głupią nadzieję". Na szczęście są tacy, którzy uznają wyższość medytacyjnych objawień nad urojeniami przyjętymi od otoczenia i próbują się dowiedzieć skąd się te ograniczenia wzięły. I tutaj okazuje się, że wszystkie ograniczenia, przekonania i przyzwyczajenia, mają swoje korzenie w przeszłości i choć są urojone, to mają realną moc w naszym życiu. Dlaczego?, otóż dlatego, że kiedyś w nie realnie uwierzyliśmy jako "grzeczne dzieci", "uczniowie, wiernie słuchający swoich nauczycieli" itp. Więc teraz warto wszystkie te decyzje i lekcje wyniesione z dzieciństwa, na nowo przeanalizować, gdyż nie wszystkie mogą okazać się dla ciebie w pełni korzystne. Jeśli już teraz chcesz spróbować uzdrowić swoje dzieciństwo i otworzyć się na wszelkie korzyści z tego uzdrowienia, to ta książka może okazać się niezbędna w twoim procesie samouzdrowienia i na ścieżce do doskonałości...


Powrót do strony głównej    Powrót do początku strony